|
Rafał Choroszyński, wykształcenie: I LO im. S. Staszica w Lublinie, 1990-1995 r. studia na Wydziale Prawa i Administracji UMCS oraz na Wydziale Filozofii i Socjologii UMCS, 1996 - 1998 r. aplikacja sądowa w Sądzie Okręgowym w Lublinie, 1998 - 2001 r. aplikacja adwokacka w Okręgowej Radzie Adwokackiej w Lublinie (patron adw. Jerzy A. Sieklucki), od 2001 r. Indywidualna Kancelaria Adwokacka. W latach 2004 - 2006 r. Zastępca Sekretarza Okręgowej Rady Adwokackiej w Lublinie. Adiunkt na WFiS UMCS w Lublinie. Członek Komisji Szkolenia ORA w Lublinie
|
|
|
|
|
|
Barbara Jurkiewicz, wykształcenie: I LO im. S. Staszica w Lublinie, 1990-1995 r. studia prawnicze na Wydziale Prawa i Administracji UMCS, 1996 - 2000 r. aplikacja adwokacka w Okręgowej Radzie Adwokackiej w Rzeszowie i Lublinie (patron adw. Mieczysław Jurkiewicz), od 2000 r. Indywidualna Kancelaria Adwokacka. |
|
|
|
|
|
Jarosław Słowiński, wykształcenie: II LO im. M. Kopernika w Mielcu, 1996-2001 r. studia prawnicze na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego i 1997-2003 r. w Instytucie Stosunków Międzynarodowych na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, 2001-2004 r. aplikacja sądowa w Sądzie Okręgowym w Lublinie, od 2005 r. Indywidualna Kancelaria Adwokacka.
|
|
|
|
|
W dniu 19 kwietnia 2008 r. w Lublinie odbył się halowy turniej piłki nożnej prawników, zorganizowany przez Prokuratora Apelacyjnego w Lublinie, Prokuratora Okręgowego w Lublinie, Prezesa Sądu Okręgowego w Lublinie, przy współpracy Okręgowej Rady Adwokackiej w Lublinie.

W turnieju brały udział drużyny z regionu południowo-wschodniej Polski. Po raz drugi w ostatnich latach Okręgowa Rada Adwokacka w Lublinie wystawiła swoją drużynę, złożoną z adwokatów i aplikantów adwokackich izby lubelskiej, a zorganizowaną przez mec. Andrzja Puchniarskiego, jednocześnie bramkarza i kapitana drużyny. Silną reprezentację w drużynie adwokatów miala nasza kancelaraia - trenerem drużyny był mec. Rafał Choroszyński, a w jej skład weszli aplikanci adwokaccy: Mirosław Placek, Jakub Wilk i Tomasz Winkler, a także mec. Jarosław Słowiński, wyrózniony pucharem dla "Najlepszego Adwokata, uczestnika turnieju piłki nożnej". W turnieju zwyciężyli prawnicy z Siedlec, a drużyna adwokatów zajęła 8 miejsce.


NAPISALI O NAS:
Rzeczpospolita, 04.03.2010 r.
Błędne dane blokują dostęp do kredytu, więc informacje o dłużniku powinny być aktualne. W przeciwnym razie niesolidny bank zapłaci odszkodowanie i zadośćuczynieniePKO BP SA, który bezpodstawnie wpisał klienta do rejestru dłużników, ma go za to przeprosić oraz zapłacić zadośćuczynienie i odszkodowanie - stwierdził wczoraj (3 marca) prawomocnie Sąd Apelacyjny w Lublinie.
Krzysztof P. w 2006 r. wziął w lubelskim oddziale PKO BP kredyt konsumpcyjny. W listopadzie 2008 r. bank wezwał go do zapłaty 1270,66 zł zaległości. Zastrzegł, że inaczej jego dane trafią do bankowego rejestru założonego przez Związek Banków Polskich. Taki wpis praktycznie uniemożliwia wzięcie kredytu w polskim banku.[...]
Sposób na niesolidnych
W procesie cywilnym domagał się od oddziału PKO BP w Lublinie przeprosin w lokalnych mediach, zadośćuczynienia i odszkodowania. Mec. Rafał Choroszyński, jego pełnomocnik zarzucił bankowi, że wpisanie do bazy niesolidnych dłużników było bezprawne i naruszyło art. 105a ust. 3 prawa bankowego. Przepis ten pozwala nierzetelnego dłużnika w określonych warunkach wpisać do określonego rejestru, ale po spełnieniu odpowiednich przesłanek. Po pierwsze wymagalność długu musi przekroczyć 60 dni. Po drugie bank musi skierować kolejne wezwanie wraz z informacją, że w razie dalszej zwłoki po 30 dniach dłużnik zostanie wpisany do rejestru.
- Skandaliczny jest nie tylko bezpodstawny wpis, ale i to, że ten stan utrzymywał się przez wiele miesięcy pomimo starań, aby wpis usunąć - mówi mec. Choroszyński.
Bank nie uznał roszczeń.
- Tu można mówić jedynie o przedwczesnym wpisaniu do rejestru - mówiła na rozprawie pełnomocnik banku Grażyna Świrgoń.
Bank musi znać przepisy
Sąd Okręgowy w Lublinie, a wczoraj także lubelski Sąd Apelacyjny uznały, że działanie banku było bezprawne.[...]
Jak działa baza dłużników
System Bankowy Rejestr powołany został przez Związek Banków Polskich. Obecnie zawiera dane osobowe 1,5 mln dłużników. Może trafić tu konsument, który jest winny bankowi 200 zł, i przedsiębiorca zadłużony na 500 zł, jeśli dług wymagalny jest powyżej 90 dni. Informacje w rejestrze są przechowywane przez dziesięć lat (jeśli nie został spłacony) lub przez pięć lat od momentu spłaty. Wykreślenie (o czym mało kto wie) następuje zazwyczaj na wniosek konsumenta złożony do banku, który dokonał wpisu do rejestru.
- To instytucja bardzo niebezpieczna dla przeciętnego konsumenta, bo wywiera wpływ na całą jego zdolność kredytową, tymczasem on nie ma żadnego wpływu na usunięcie, zmianę lub modyfikację danych w nim umieszczonych. O wszystkim decyduje bank - przekonuje mec. Rafał Choroszyński.
/Robert Horbaczewski/
Gazeta Wyborcza Lublin, 08.09.2009 r.
Jeszcze pod
koniec 2006 roku wydawało się, że Felin przeżywa inwestycyjny boom.
Otwarcie Galerii Lubelskiej sieci Carrefour przy al. Witosa -
okazało się jednym z wydarzeń na rynku budowlano - handlowym w
2007 roku. Galeria była pierwszą w tej części Lublina i miała
przyciągnąć tych klientów, którzy do tej pory wybierali
odległego Leclerca czy Tesco.
Teraz Galeria Lubelska ma poważne
problemy - trzy miesiące po otwarciu kolejnej części centrum
handlowego Olimp przy al. Spółdzielczości Pracy.
Krystyna
Daszyńska, dwa lata temu wynajęła od Carrefoura ok. 150 mkw
powierzchni pod butik. - W umowie mam 26 tys. zł brutto czynszu. A
tymczasem obroty są na poziomie 11 tysięcy złotych. Dlatego od trzech
miesięcy nie stać mnie żeby płacić za najem - narzeka.
Podobnie ma
się sytuacją z kilkoma innymi sklepami odzieżowymi. Ich właściciele
twierdzą, że zarabiają za mało. Dlatego muszą dopłacać do interesu
średnio 10-15 tys. zł. miesięcznie. Zapowiadają wyjście z
galerii.
Pozew Daszyńskiej trafił już do sądu. Chce ona rozwiązać
pięcioletnią umowę z Carrefourem, bez konieczności płacenia
wielotysięcznych kar. - Gdy ją podpisywaliśmy, obiecywano nam, że to
miejsce będzie się rozwijać, przyciągać klientów. I to nie
tylko tych z Felina, Bronowic czy Tatar, ale i ze Świdnika - tłumaczy
Daszyńska.
Właścicielka butiku domaga się rozwiązania umowy na
podstawie jednego z przepisów kodeksu cywilnego, który
mówi o wystąpieniu sytuacji nadzwyczajnej, a tą ma być kryzys
gospodarczy, którego skali nie dało się przewidzieć.
-
Można też mówić o efekcie synergii. Im więcej sklepów w
jednym miejscu, tym więcej klientów. Tymczasem w Galerii
Lubelskiej jest do dziś powierzchnia, która nie została
wynajęta - mówi mecenas Rafał Choroszyński, który
reprezentuje przedsiębiorców chcących walczyć z Carrefourem w
sądzie.
[...]
/źródło: Gazeta Wyborcza Lublin/
Gazeta Wyborcza Lublin, 02.04.2009 r.
Samodzielność na miarę lubelskiego ZUS
Pani Anna ma
37 lat, skończyła specjalną szkołę zawodową, ale nigdy nie pracowała.
Prawie codziennie chodzi na zajęcie organizowane w warsztatach
terapii zajęciowej. Najbardziej lubi wyklejać obrazki z plasteliny. -
Jest całkowicie zależna ode mnie. Gubi się w nieznanym sobie
otoczeniu, nie jest w stanie ugotować sobie obiadu, albo załatwić
podstawowych rzeczy w urzędzie. Zna litery, ale nie umie ich składać
w słowa. Tylko się podpisuje i na palcach liczy do dziesięciu -
opowiada mama pani Anny.
Lubelski ZUS wiele lat temu przyznał pani
Annie na stałe rentę socjalną. Po śmierci swojego ojca dostała
jeszcze rentę rodzinną. W 2004 roku Powiatowy Zespół ds.
Orzekania o Niepełnosprawności w Świdniku uznał, że kobieta jest
niezdolna do pracy z powodu "niepełnosprawności w stopniu
umiarkowanym". Ale w lipcu 2008 roku lubelski Zakład Ubezpieczeń
Społecznych nie przyznał pani Annie dodatku pielęgnacyjnego.
Orzecznicy ZUS stwierdzili, że kobieta nie może pracować, ale
jednocześnie jest "zdolna do samodzielnej egzystencji".
Rodzina chorej uznała tą decyzję za krzywdzącą i odwołała się do
sądu. - Jak osoba, która nie zna wartości pieniądza i sama nie
pamięta, żeby wziąć leki na czas może funkcjonować samodzielnie? -
pyta adwokat Rafał Choroszyński, pełnomocnik prawny pani Anny.
Biegli Sądu
Okręgowego w Lublinie, podobnie jak wcześniej ZUS, uznali, że pani
Anna jest "zdolna do samodzielnej egzystencji".
-
Wszyscy byliśmy bardzo zdziwieni takim obrotem sprawy. Ania nie jest
w stanie sama poradzić sobie w życiu - uważa Anna Wilkołek, pedagog z
Warsztatów Terapii Zajęciowej w Mełgwii. Tak napisała również
w piśmie pracowników WTZ, które adwokat przekazał
sądowi.
W sporządzonej w listopadzie diagnozie psychologicznej, o
którą postarała się rodzina, czytamy, że pani Anna z pozoru
dobrze funkcjonuje w społeczeństwie, ale tylko dzięki temu, że stale
jest pod czyjąś opieką. Mimo to biegli podtrzymali swoją wcześniejszą
opinię, do której adwokat pani Anny miał wiele zastrzeżeń. Sąd
dwa tygodnie temu zgodził się z biegłymi i oddalił zażalenie kobiety
na decyzję ZUS. Sędzia Maria Tereszczuk, przewodnicząca VIII wydziału
ubezpieczeń społecznych Sądu Okręgowego poinformowała wczoraj, że
wyrok nie jest jeszcze prawomocny. Adwokat będzie się od niego
odwoływał.
- To przykład niepokojącego trendu, kiedy sąd przychyla
się do opinii biegłych, zamiast wnikliwe zbadać sprawę. A takie
opinie nierzadko są przygotowywanego taśmowo, według schematu. Bez
zapoznania się z sytuacją życiową osoby badanej. Często tylko po
pięciominutowej rozmowie z nią - irytuje się Rafał
Choroszyński.
Równolegle w wydziale cywilnym Sądu
Okręgowego trwa sprawa o częściowe ubezwłasnowolnienie pani Anny. Na
razie sąd zdecydował, że mama pani Anny będzie jej doradcą
tymczasowym, a jej starsza siostra kuratorem. - To świadczy o tym, że
inny wydział Sądu Okręgowego przychyla się do tego, że pani Anna nie
jest zdolna do samodzielnego życia - uważa adwokat
Choroszyński.
Mama Anny powiedziała w rozmowie z "Gazetą",
że najbardziej niepokoi ją to, że po jej śmierci córka może
zostać sama. Dlatego tak zależy jej, aby jak najwcześniej zapewnić
jej finansową stabilizację. - Chcę, żeby miała szansę na godne życie
- podkreśla.
*
Imię bohaterki zostało zmienione
Gazeta Wyborcza Lublin, 10.03.2009 r.
Pan
Krzysztof we wrześniu 2006 roku dostał od swojego banku PKO BP z
siedzibą przy Krakowskim Przedmieściu 14, kartę kredytową. Dwa lata
później w listopadzie 2008 roku bank wezwał pana Krzysztofa do
zapłaty dokładnie 1.270,66 złotych zaległości.
PKO BP
zastrzegł, że jeśli pan Krzysztof spłaci je do 19 grudnia, to jego
dane nie trafią Centralnej Bazy Danych - prowadzonego przez Związek
Banków Polskich, rejestru dłużników. Wpis do rejestru
praktycznie uniemożliwia wzięcie kredytu w polskim banku. Dwa dni po
otrzymaniu pisma pan Krzysztof spłacił zaległości. - Uważałem sprawę
za zakończoną. Do głowy mi nie przyszło, że to dopiero początek -
wspomina.
Mężczyzna zamierzał kupić
sobie nowy samochód - busa potrzebnego mu do pracy. Był
przekonany, że transakcja przebiegnie bez żadnych problemów.
Za auto dał pięć tysięcy złotych zadatku. Aby wykupić go w całości
chciał wypłacić pieniądze z karty kredytowej jaką miał w Kredyt
Banku.
I tu czekała go przykra niespodzianka. PKO BP, mimo że
pan Krzysztof spłacił zaległości w terminie, umieścił jego dane w
gronie niesolidnych dłużników. A Kredyt Bank zablokował
wypłaty z karty.
Tak zaczęła się gehenna. Pan Krzysztof nie
dawał za wygraną, był po kolei w pięciu różnych bankach,
starając się o pożyczkę. - Wszędzie słyszałem to samo, jest pan w
rejestrze i kredytu nie dostanie. A przecież nie był żadnym
dłużnikiem - opowiada. - Nic nie pomogły tłumaczenia i pokazywanie
dowodów wpłat - dodaje.
Panu Krzysztof nie tylko nie
mógł kupić samochodu, dodatkowo przepadł mu cały zadatek, bo
transakcja nie doszła do skutku.
- PKO BP do dziś nie
wyjaśniło całej sprawy z wpisem do rejestru, bo mój klient
dalej w nim figuruje. Nie przeprosiło go też oficjalnie. Dla nas
sprawa nie jest zamknięta, bo nie można pozwolić, aby człowiek czuł
się jak w "Procesie" Kafki - mówi Rafał
Choroszyński, adwokat pana Krzysztofa. Mężczyzna wniósł
więc pozew cywilny do sądu. Domaga się w nim pięć tysięcy złotych
odszkodowania (tyle wynosił zadatek za busa) oraz przeprosin od PKO
BP na łamach lubelskich gazet. Bank jeszcze nie ustosunkował się do
zarzutów zawartych w pozwie. Zrobi to prawdopodobnie przed
rozpoczęciem się procesu.
/źródło: Gazeta Wyborcza Lublin/
Kurier Lubelski, 21.10.2008 r.
Zostałem poniżony w oczach znajomych
Edward W. domaga się zadośćuczynienia za zniewagę, jakiej doświadczył od pracowników sieci sklepów OBI. Obsługa posądziła mieszkańca Lublina o to, że posługuje się fałszywym banknotem. Później okazało się, że urządzenie do wykrywania fałszywek się pomyliło. Zanim to ustalono, policja zakuła klienta OBI w kajdanki i doprowadziła do radiowozu.
Do tej niefortunnej sytuacji doszło w OBI przy ul. Chemicznej w Lublinie. Wcześniej Edward W. wyciągnął z bankomatu tysiąc złotych w banknotach o nominale 100 zł. Przy sklepowej kasie okazało się, że ma do zapłaty 200 zł. Klient wyciągnął więc z portfela dwa banknoty. I tu zaczęły się problemy. Kasjerka uznała, że jeden z banknotów jest fałszywy. Tak podał czytnik zamontowany przy kasie.
Klient postanowił więc wymienić papierowy pieniądz. Sprawa na tym by się zakończyła, ale OBI rozpoczęło swoje procedury. Przy Edwardzie W. najpierw pojawiła się ochrona, a potem policja.
- W sklepie zrobiło się zbiegowisko, a mój klient znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji. W dodatku po przyjeździe funkcjonariuszy został skuty i doprowadzony do radiowozu - mówił wczoraj Rafał Choroszyński, adwokat reprezentujący Edwarda W.
Dopiero później, w wyniku ekspertyzy wykonanej przez NBP, okazało się, że banknot nie był fałszywką. Edward W. zdecydował się zatem wnieść sprawę do sądu. Jego zdaniem doszło do naruszenia jego dobra, bo został poniżony w oczach znajomych, którzy towarzyszyli mu w zakupach. W dodatku w środowisku jego żony, która jest lekarzem, rozeszła się informacja o całym incydencie, co go postawiło w złym świetle. Edward W. domaga się za swoje szkody zadośćuczynienia w wysokości 5 tys. zł.
Market z żądaniami się nie zgadza. - Wielokrotnie przepraszałem klienta. Jest mi przykro z tego powodu, że doszło do takiej sytuacji. Muszę jednak powiedzieć, że nie ma tu naszej winy - zapewnił Cezary Kusto, dyrektor OBI.
Zdaniem zarządu hipermarketu obsługa nie mogła postąpić inaczej. Wszystko przez procedury. - Policja prosiła nas, abyśmy informowali o każdym przypadku posługiwania się fałszywymi banknotami - tłumaczył Kusto.
Dyrektor OBI dodał też, że sklep posiada nowoczesne urządzenia z certyfikatami do wykrywania podrobionych pieniędzy. Dlaczego te się pomyliły? - Banknot sprawdzono w kilku urządzeniach. Taka sytuacja zdarzyła się nam po raz pierwszy - podkreślali przedstawiciele sklepu.
/AD/
Rzeczpospolita 20.10.2008 r.
Mieszkaniec Lublina domaga się zadośćuczynienia i przeprosin w prasie za to, że ochrona sklepu niesłusznie publicznie posądziła go o posługiwanie się fałszywym banknotem.
W styczniu Edward W., mieszkaniec Lublina, robił zakupy w supermarkecie Obi. W chwili zapłaty kasjerka uznała, że banknot stuzłotowy jest fałszywy. Powiadomiła pracownika ochrony, który miał stwierdzić, że "zna się na banknotach, a ten banknot jest fałszywy. Zabezpieczył banknot i zatrzymał klienta oraz osoby mu towarzyszące. Ostatecznie mężczyzna został w kajdankach przewieziony na komisariat i przesłuchany. W wyniku czynności dowodowych okazało się, że banknot był prawdziwy.
Mężczyzna przekonuje teraz, że całe zdarzenie poniżyło go i upokorzyło w oczach klientów sklepu, wśród których byli również jego znajomi. Stało się też powodem złośliwej plotki, szeroko rozpowszechnianej w jego środowisku. Wini za to personel: kasjerkę, która wykazała się niekompetencją, oraz pracownika ochrony, który nie posiadając odpowiedniego przeszkolenia w tej materii, publicznie wypowiadał się o legalności banknotu, wywołując zbiegowisko.
- Zachowanie pracowników było nieprofesjonalne. Market dopuścił się zaś zawinienia, bo wyposażył kasy w sprzęt, który wadliwie rozpoznaje cechy banknotów - dowodzi mec. Rafał Choroszyński, pełnomocnik klienta.
Przed Sądem Okręgowym w Lublinie, do którego wpłynął pozew, domaga się od właściciela hipermarketu Obi 5 tys. zł zadośćuczynienia oraz opublikowania w lokalnej prasie przeprosin za naruszenie dóbr osobistych.Właściciel sieci Obi roszczeń klienta nie uznaje. W korespondencji z kancelarią prawną reprezentującą Edwarda W. stwierdził, że personel sklepu postępował zgodnie z procedurami przewidzianymi w takich wypadkach.
Grażyna Abramowicz z Biura Miejskiego Rzecznika Konsumentów w Lublinie przyznaje, że co roku wysłuchuje co najmniej kilku skarg konsumentów na sposób zatrzymania ich przez ochronę supermarketów.
- Procedury powinny być poprawione, tak aby zatrzymywanie podejrzewanych odbywało się dyskretnie. Nie każde zatrzymanie jest przecież zasadne, a wiadomo, jak takie zdarzenia są odbierane przez świadków - uważa Abramowicz.
/Robert Horbaczewski/
Rzeczpospolita 23.09.2008 r.
Lubelski przedsiębiorca domaga się stwierdzenia niezgodności z konstytucją przepisów normujących procedurę zwrotu nieruchomości żydowskim gminom wyznaniowym
Spółka Euro Marketing jest użytkownikiem wieczystym nieruchomości przy ul. Unickiej w Lublinie. Chce postawić tam budynek wielorodzinny. Inwestycja utkwiła w miejscu, bo Gmina Żydowska Wyznaniowa w Warszawie - właściciel sąsiedniej działki - zaskarżyła decyzję o ustaleniu warunków zabudowy.
W odwołaniu wskazała, że w grudniu 1998 r. złożyła wniosek o wszczęcie postępowania regulacyjnego i przyznanie odszkodowania za tę działkę. Dlatego - na podstawie art. 32 pkt 4 ustawy z 20 lutego 1997 r. o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej - wystąpiła o zawieszenia postępowania.
Samorządowe Kolegium Odwoławcze w Lublinie uchyliło zaskarżoną decyzję i przekazało sprawę do ponownego rozpoznania. Zarówno Wojewódzki, jak i Naczelny Sąd Administracyjny podzieliły pogląd SKO, że ustawa z 20 lutego 1997 r. nakazuje zawieszenie każdego postępowania administracyjnego, jeżeli dotyczy ono nieruchomości objętej tzw. wnioskiem regulacyjnym.
- Mój klient, mimo że przysługuje mu pełnia praw do nieruchomości, nie może z niej korzystać. Nie ma też możliwości wpływania na tok postępowania przed komisją regulacyjną i brania udziału w postępowaniu, choć dotyczy to jego praw i obowiązków. Takich sytuacji w kraju mogą być tysiące - argumentuje Rafał Choroszyński, pełnomocnik przedsiębiorcy.
Wskazuje, że procedura w tej sprawie trwa już blisko dziesięć lat. Spółka pozbawiona jest jakiejkolwiek możliwości składania wniosków o stwierdzenie przewlekłości postępowania albo skargi na bezczynność.
Uważa, że przepisy ustawy regulacyjnej (art. 32 i art. 33) są niezgodne ze standardami demokratycznego państwa prawa oraz Konstytucją RP. Stanowią one mianowicie, że uczestnikami postępowania regulacyjnego są - oprócz Gminy Wyznaniowej Żydowskiej - wyłącznie zainteresowane jednostki państwowe, samorządowe i wyznaniowe. Z kręgu tego wykluczony jest zaś podmiot, któremu obecnie przysługują prawa do nieruchomości.
Tylko uczestnicy postępowania mogą zawrzeć ugodę przed zespołem orzekającym, a ugody i orzeczenia mają moc sądowych tytułów egzekucyjnych, które są podstawą do dokonania wpisów w księgach wieczystych i ewidencji gruntów. Od tych orzeczeń nie przysługuje odwołanie.
- Ten quasi-organ administracji nie podlega żadnej kontroli i żadnemu nadzorowi. Wydaje niezaskarżalne orzeczenia mające charakter konstytutywny, zrównany z mocą prawomocnych orzeczeń sądowych i ostatecznych decyzji administracyjnych - dowodzi mec. Choroszyński.
Przekonuje, że przepisy ustawy naruszają zasadę legalizmu, równości wobec prawa, sprawiedliwości i prawa do sądu oraz kontroli instancyjnej i sądowej rozstrzygnięcia wydanego przez organ administracji.
/Robert Horbaczewski/
Rzeczpospolita 15.09.2008 r.
Robert Horbaczewski 15-09-2008, ostatnia aktualizacja 15-09-2008 07:18
Za zdewastowanie auta odpowiada towarzystwo ubezpieczeniowe, bo po zgłoszeniu szkody nie zabezpieczyło go i nie odholowało
Mariusz D. dochodził od STU Ergo Hestia SA naprawienia szkody w samochodzie. Miał polisę autocasco obejmującą też koszty natychmiastowej pomocy Hestia Car Assistance. Argumentował, że gdy w czerwcu 2003 r. deportowano go z Norwegii, pozostawił tam samochód z przyczepą kempingową. Po przybyciu do Polski prosił ambasadę Norwegii w Warszawie i konsula polskiego w Oslo o ustalenie, gdzie jest auto. Do Norwegii wysłał też brata, który odnalazł samochód i ustalił, że przywłaszczył go kolega Mariusza D., a następnie porzucił na jednym z parkingów. Auto było już zniszczone.
Mariusz D. zgłosił wówczas agentowi ubezpieczeniowemu konieczność odholowania samochodu do Polski. Usłyszał, że powinien najpierw poprosić norweską policję o zabezpieczenie go i udokumentowanie zniszczeń. Ta jednak tego nie zrobiła i auto zostało zdewastowane przez wandali.Mariusz D. kilkakrotnie zgłaszał szkodę, m.in. w call center Ergo Hestii, domagając się odholowania pojazdu. Ubezpieczyciel zrobił to dopiero po dwóch miesiącach od zgłoszenia. W tym czasie samochód uległ dalszym uszkodzeniom.
Mężczyzna, opierając się na zapisie ogólnych warunków ubezpieczenia (OWU), argumentował, że wielotygodniowa bezczynność ubezpieczyciela spowodowała poważne uszkodzenia pojazdu, więc powinien on ponieść pełną odpowiedzialność za szkody.
Ergo Hestia nie uznało roszczenia, dowodząc, że polisa nie obejmowała odpowiedzialności za szkody powstałe w wyniku kradzieży. Ponadto auto nie zostało należycie zabezpieczone, co powiększyło rozmiar szkody.
Sąd Rejonowy w Lublinie uznał roszczenie co do zasady za słuszne (sygn. I C 852/06).
Stwierdził, że wbrew twierdzeniu zakładu ubezpieczeniowego Mariusz D. nie dochodził roszczeń z tytułu kradzieży (porzucony samochód odnalazł się), ale jego zniszczenia. Obowiązkiem Ergo Hestii było niezwłoczne zabezpieczenie go przed dalszą szkodą i odholowanie do miejsca zamieszkania ubezpieczającego. Dla odpowiedzialności zakładu nie ma przy tym znaczenia, czy norweska policja miała obowiązek zabezpieczenia mienia powoda. Sąd podkreślił, że Mariusz D. zrobił wszystko, by odnaleźć pojazd i zabezpieczyć go przed dalszą dewastacją. To nie zaniedbanie właściciela, ale zwłoka ubezpieczyciela doprowadziła do powstania większości szkód. Wyrok jest prawomocny.
Pełnomocnikiem Mariusza D. był adw. Rafał Choroszyński.
/Robert Horbaczewski/
Rzeczpospolita 30-07-2008
Organ podatkowy nie może zakładać z góry, że jeśli przedsiębiorca kupił nieruchomość, to wykorzystuje ją do działalności gospodarczej
Tak stwierdziło Samorządowe Kolegium Odwoławcze w Zamościu (sygn. SKO 499/08).
Burmistrz Hrubieszowa ustalił, że miejscowy przedsiębiorca Jacek Z. ma zapłacić 23 tys. zł jako podatek od nieruchomości za 2008 r. W decyzji stwierdził, że w złożonej informacji o nieruchomościach Jacek Z. nie zadeklarował do opodatkowania budynku ani gruntu jako związanych z działalnością gospodarczą, mimo że jest przedsiębiorcą.
Zdaniem burmistrza, skoro budynek i grunt pozostaje w posiadaniu przedsiębiorcy, zastosowanie powinny mieć stawki dla przedmiotów opodatkowania związanych z działalnością gospodarczą.
Jacek Z. odwołał się od tej decyzji do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, podnosząc, że budynek byłej mleczarni, którego został właścicielem, ze względów technicznych nie nadaje się do wykorzystania w działalności gospodarczej.
Ponadto samo to, że przedsiębiorca, który jest osobą fizyczną, posiada nieruchomość, nie przesądza o jej związku z działalnością gospodarczą. Jako dowód załączył opinię techniczną na temat stanu budynku będącego przedmiotem opodatkowania.
SKO w Zamościu uznało odwołanie podatnika za zasadne. Organ podatkowy nie może z góry zakładać, że jeśli właścicielem danej nieruchomości jest przedsiębiorca, to wykorzystuje ją do celów gospodarczych.
Kolegium wytknęło, że nie zostały przeprowadzone żadne czynności dowodowe dotyczące stanu nieruchomości, chociaż organ miał świadomość, iż podatnik kwestionował podstawę opodatkowania nieruchomości jako związanych z działalnością gospodarczą.
SKO podniosło też w uzasadnieniu decyzji, że pomimo iż przedsiębiorca przedstawił opinię o zniszczeniach budynku, to organ podatkowy musi z urzędu dokonać własnych ustaleń na temat stanu technicznego budynku z udziałem rzeczoznawcy, aby w sposób jednoznaczny stwierdzić, czy budynki nie mogą być wykorzystywane w działalności gospodarczej. Z tych względów uchylił decyzję i przekazał ją do ponownego rozpatrzenia.
/Robert Horbaczewski/
Pełnomocnikiem Jacka Z. był adw. Rafał Choroszyński
Rzeczpospolita, 21.07.2008 r.
Były działacz opozycyjny z Lubelszczyzny chce zadośćuczynienia od funkcjonariuszy MO i SB, którzy pobili go 30 lat temu
Do tej pory ofiary reżimu PRL występowały przeciwko Skarbowi Państwa. Janusz Rożek, obecnie 87-letni emeryt, pod koniec lat 70. próbował na Lubelszczyźnie tworzyć niezależny od władz komunistycznych ruch chłopski. Organizował spotkania, na które zapraszał okolicznych rolników i działaczy Komitetu Obrony Robotników i Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Kolportował ulotki, prasę podziemną i literaturę bezdebitową. Powołał Tymczasowy Komitet Samoobrony Ziemi Lubelskiej. Jego działalność relacjonowana była w audycjach Radia Wolna Europa oraz w prasie zachodniej.
Za działalność opozycyjną był represjonowany przez służby bezpieczeństwa PRL. Wielokrotnie prewencyjnie zatrzymywano go i osadzano w areszcie. W jego domu w Milejowie przeprowadzano systematyczne rewizje pod pretekstem rzekomych przestępstw kryminalnych.
W październiku 1978 r. został siłą zabrany z budynku Banku Spółdzielczego w Milejowie na miejscowy posterunek policji, a potem brutalnie pobity przez dwóch funkcjonariuszy: kpt. Służby Bezpieczeństwa Zbigniewa H. i Józefa R., komendanta posterunku Milicji Obywatelskiej (potem trafił do SB).
Obaj byli funkcjonariusze we wrześniu 2006 r. zostali za to skazani na dwa lata i trzy miesiące więzienia. Sąd Rejonowy w Lublinie uznał ich czyn za zbrodnię komunistyczną w rozumieniu ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Wyrok ten utrzymał w mocy Sąd Okręgowy w Lublinie, zmniejszając jedynie o połowę wysokość kary orzeczonej obu pozwanym (sąd powołał się na przepisy amnestii z 1989 r.).
Teraz Janusz Rożek pozwał obu funkcjonariuszy do Sądu Okręgowego w Lublinie, domagając się od nich solidarnie 300 tys. zł zadośćuczynienia za doznaną wskutek prześladowań krzywdę.
Argumentuje, że wcześniejsze osądzenie ich czynu nie było możliwe, gdyż pozwani byli funkcjonariuszami aparatu państwowego PRL - MO i SB. Dopiero z chwilą uprawomocnienia się skazującego wyroku karnego otworzyła się dla niego droga do żądania od nich zadośćuczynienia na podstawie art. 445 § 1 kodeksu cywilnego. Z tych względów mimo upływu 30 lat od zdarzenia nie doszło, jego zdaniem, do przedawnienia, a sąd powinien uwzględnić jego roszczenie na podstawie zasad współżycia społecznego.
Lubelski Sąd Okręgowy zwolnił już Janusza Rożka z kosztów sądowych i ustanowił pełnomocnika z urzędu.
Pełnomocnikiem Janusza Rożka jest adw. Jarosław Słowiński
/Robert Horbaczewski/
Kurier Lubelski 27.02.2008 r.
Ścigają za ulotki
Paweł Skrętowicz, właściciel NZOZ Centrum Medycznego "Vita" w Urszulinie, postanowił wydawać ulotkę promującą usługi przychodni. Nazwał ją czasopismem, a siebie ochrzcił redaktorem naczelnym. Prokuratura Rejonowa we Włodawie uznała, że Skrętowicz wydaje nielegalną gazetę. Grozi mu grzywna, albo nawet rok więzienia. Wczoraj przed włodawskim sądem odbyła się pierwsza rozprawa.
Skrętowicz założył "Vitę" w 2004 roku. - Do Urszulina sprowadziłem się za żoną z Lublina. Postanowiłem, że rozkręcę jakiś biznes - mówi. - W miejscowości była już przychodnia lekarzy rodzinnych, więc zdecydowałem się zainwestować w NZOZ z poradniami lekarzy specjalistów - opowiada. Ściągał do Urszulina darmowe badania lekarskie i postanowił zainwestować w reklamę. W 2007 roku wydał cztery numery gazetki reklamującej własne usługi "Zdrowie Urszulina Czasopismo Centrum Medycznego Vita". Dwustronicowa ulotka ze stopką redakcyjną i redaktorem naczelnym pojawiła się w jego przychodni i w dwóch zaprzyjaźnionych sklepach spożywczych. Lubelski Związek Lekarzy Rodzinnych-Pracodawców, w którym zrzeszona jest konkurencja właściciela "Vity", a więc NZOZ AniMED z Urszulina, uznał, że Skrętowicz popełnił przestępstwo i złożył doniesienie do włodawskiej prokuratury. - Bo musimy bronić praw swoich członków - tłumaczyła wczoraj Teresa Dobrzańska-Pielechowska, prezes związku.
Prokuratura w ekspresowym tempie wszczęła postępowanie i przygotowała akt oskarżenia. Pismo związku zarejestrowano w prokuraturze 30 listopada 2007, a już 1 lutego 2008 skierowała do sądu akt oskarżenia. - Nie było tu żadnego trybu przyśpieszonego - zapewniała wczoraj Teresa Rojek, prokurator rejonowa we Włodawie.
Prokuratura dopatrzyła się w całej sprawie przekroczenia art. 45 prawa prasowego, a więc wydawania czasopisma bez rejestracji.
- Ta publikacja spełniała wszystkie wymogi uznania jej za czasopismo - mówi prokurator Rojek. Jakie? Tytuł, numer, data i choćby to, że ulotka miała redaktora naczelnego...
Właśnie z tego powodu Skrętowicz stanął wczoraj przed włodawskim sądem: - Złożyłem wniosek o umorzenie postępowania. Przypisane zachowanie nie nosi znamion przestępstwa - mówi adw. Rafał Choroszyński, który reprezentuje Skrętowicza.
Sąd rozpatrzy wniosek na posiedzeniu niejawnym. Choroszyński zapewnia, że broszura "Vity" miała tylko i wyłącznie charakter reklamowy, a nazwanie ulotki czasopismem wynikało przede wszystkim z niewiedzy klienta.
Rafał Choroszyński powołuje się też na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, że wymóg rejestracji dziennika lub czasopisma ma charakter zgłoszeniowy i służy uporządkowaniu działalności prasowej, a zwłaszcza chodzi o niedopuszczenie tytułów, których rejestracja stanowiłaby naruszenie prawa do ochrony nazwy już istniejącego tytułu prasowego.
Rzeczpospolita 23.01.2008 r.
Prawo Biuro podróży zapłaci za zmarnowany urlop
Klienci mogą dochodzić od organizatorów wypoczynku zadośćuczynienia za krzywdy wynikające z nienależytego wykonywania usług turystycznych.
Dwie mieszkanki Lublina za pośrednictwem agentki w Lublinie wykupiły w krakowskim Biurze Podróży Atena Travel dwutygodniowy pobyt na Krecie. Usługa przewidywała pobyt w pięciogwiazdkowym hotelu Panorama, w pokoju dwuosobowym na pierwszym piętrze, z tarasem i widokiem na morze oraz z wyżywieniem all inclusive (całodobowe wyżywienie w dowolnej ilości).
Na miejscu okazało się, że pobyt jest siedmiodniowy, a nie 14-dniowy, jak przewidywała umowa. Chciano je też zakwaterować w innym hotelu. Dopiero po ich interwencji zakwaterowano je na tydzień w hotelu Panorama, na wyższym piętrze, w pokoju bez tarasu i widoku na morze, z wyżywieniem o standardzie HB (śniadanie i obiadokolacje), a nie all inclusive. Na drugi tydzień przekwaterowano je do hotelu o gorszym standardzie i wyżywieniu, niż wynikało z umowy.
Kobiety argumentowały, że urlop zamiast być relaksem stał się przyczyną stresu, frustracji i upokorzenia spowodowanego złym traktowaniem przez obsługę hotelu i pracowników biura. Poniosły też koszty rozmów telefonicznych, faksowania dokumentów i wynajęcia w Polsce prawnika.
Od biura podróży i Katarzyny K., agentki pozwanej firmy, domagały się zwrotu kosztów wycieczki, odszkodowania i zadośćuczynienia.
Pozwane biuro nie uznało roszczenia, dowodząc, że nie odpowiada za niesolidną agentkę (została skazana za oszustwo na szkodę biura). Uważało też, że nie można żądać zadośćuczynienia przy odpowiedzialności kontraktowej, czyli nienależytego wykonania zobowiązania.
Mec. Rafał Choroszyński, pełnomocnik obu kobiet, dowodził przed sądem, że w prawie polskim można dochodzić nie tylko odszkodowania, ale i zadośćuczynienia za zmarnowany urlop.
- Biuro podróży nie może bronić się tym, że dołożyło wszelkich starań, aby umowę wykonać prawidłowo. Umowę o usługę turystyczną należy traktować jako umowę rezultatu - mówi Choroszyński.
Sąd Rejonowy w Lublinie podzielił ten pogląd. Uznał, że agent biura podróży jest osobą, którą firma się posługuje, i w związku z tym biuro ponosi odpowiedzialność za jego nierzetelne działania w ramach umowy agencyjnej. Sąd wprawdzie przyjął, że w kodeksie cywilnym nie ma wprost przepisu pozwalającego na wypłatę zadośćuczynienia za niewłaściwe wykonanie umowy, uznał jednak, że podstawę taką może stanowić art. 445 w związku z art. 56 k. c. (zasady współżycia społecznego).
Sąd odwoławczy w Lublinie, rozpoznając apelacje, stwierdził, że nie ma potrzeby stosować takiej konstrukcji prawnej, gdyż samoistną podstawą do zasądzenia zadośćuczynienia za zmarnowany urlop jest wprost art. 11a ustawy o usługach turystycznych. Przepis ten stanowi, że organizator turystyki odpowiada za niewykonanie lub nienależyte wykonanie umowy o świadczenie usług turystycznych.
Atena Travel i Katarzyna K. mają solidarnie zapłacić obu klientkom po 3 tys. zł zadośćuczynienia oraz kilkaset złotych odszkodowania (sygn. II Ca 835/07).
/Robert Horbaczewski/
Rzeczpospolita 18.12.2007
Nazwy "Auto service" nie można zawłaszczyć
Nie jest nieuczciwą konkurencją posługiwanie się nazwą "Auto service" przez byłych pracowników, którzy w opuszczonym przez pracodawcę lokalu założyli własny warsztat mechaniczny.
Lubelski przedsiębiorca z branży motoryzacyjnej domagał się od pięciu byłych pracowników odszkodowania oraz zaprzestania posługiwania się przez nich nazwą "Auto service" w miejscu, gdzie ostatnio prowadził działalność gospodarczą. Dowodził, że określenie "Auto service" jest istotnym elementem jego przedsiębiorstwa. Poczynania pozwanych uważał za nieuczciwą konkurencję, gdyż korzystają z dobrej marki, którą niegdyś wypracował.
Sąd Okręgowy w Lublinie oddalił roszczenia przedsiębiorcy. Uzasadnił, że nazwa "Auto service" i jej warianty (np. auto serwis, auto-service) są potocznym określeniem zakładów zajmujących się naprawą pojazdów mechanicznych. Nazwa ta nie pozwala na indywidualizację przedsiębiorstwa, jego jednoznaczną identyfikację i odróżnienie go od innych działających na rynku. Ponadto określeniu "auto service" towarzyszy zazwyczaj dodatkowa informacja, np. imię i nazwisko jego właściciela, nazwa ulicy bądź też człon fantazyjny. Tak też jest w tym wypadku.
Sąd nie podzielił argumentów przedsiębiorcy również w tym zakresie, że pracownicy, zwalniając się grupowo z firmy i zakładając własną w miejscu opuszczonym przez niego, dopuścili się działań bezprawnych. Tym bardziej że rozwiązanie umowy o pracę nastąpiło za porozumieniem stron, a zatrudnieni otrzymali świadectwa pracy (sygn. IX GC 217/07).
/Robert Horbaczewski/
Stronę byłych pracowników reprezentowali adw. R. Choroszyński i adw. Jarosław Słowiński.
Gazeta Prawna Nr 191 (2061) z dn. 2.X.2007 r.
Zabrakło miejsc dla aplikantów
[...] Adwokat Rafał Choroszyński z Lublina zatrudnia trzech aplikantów i planuje stworzyć dla nich jeszcze dwa miejsca pracy. Sam nie ma problemów finansowych, ale widzi je w sąsiednich kancelariach.
- Liczba aplikantów przewyższa liczbę kancelarii, które są w stanie udźwignąć koszt zatrudnienia aplikanta na pełnym etacie wraz ze wszystkimi świadczeniami - mówi.
- Wymaga to systemowego rozwiązania. Zanim aplikant wygeneruje zyski dla kancelarii, mija przynajmniej pół roku. Dopiero wtedy może występować przed sądem I instancji - wyjaśnia Rafał Choroszyński. Proponuje, by koszt zatrudnienia aplikanta był refundowany kancelarii ze środków unijnych.
Roztocze Online
Andrzej Mulawa,
były prezes Lubelsko-Małopolskiej Spółki Cukrowej, wygrał
przed Sądem Najwyższym proces o przywrócenie go do pracy.
Problem w tym, że LMSC już nie istnieje
Orzeczenie sądu jest ważne dla wszystkich
samorządowców. Teraz pracodawcy radnych nie będą mogli
obchodzić prawa, jak to działo się do tej pory - tłumaczy adwokat
reprezentujący Mulawę.
[…] Zdaniem mec. Rafała
Choroszyńskiego, lubelskiego adwokata, który reprezentował
Mulawę, spółka wykorzystała istniejącą lukę w prawie, która
pozwalała pracodawcy na obchodzenie obowiązku uzyskiwania zgody
sejmiku na zmianę treści stosunku pracy.
- Pracownik będący
radnym jest bowiem stawiany w sytuacji bez wyjścia. Albo wyrazi zgodę
na proponowane mu zmienione warunki pracy i płacy, albo stosunek
pracy zostanie rozwiązany i nie ma przed tym żadnej ochrony - uważa
mec. Choroszyński, autor kasacji od wyroku.
Podnosił w
niej, że prawna ochrona radnego przed wyrzuceniem z pracy jest więc
iluzoryczna, bowiem jak wskazuje przypadek jego klienta, przepisy
można obejść. Powoływał się przy tym na ustawę o związkach
zawodowych, w myśl której pracodawca nie może bez zgody
zarządu zakładowej organizacji związkowej wypowiedzieć, rozwiązać,
jednostronnie zmienić warunków pracy lub płacy na niekorzyść
pracownika. Jego zdaniem, pozycja radnego nie może być gorsza.
Inaczej uważali prawnicy reprezentujący LMSC.
- Po
odmowie ze strony sejmiku, na stanowisku prezesa spółki byłoby
niejako dwóch pracowników: nowy i stary. Spółka
musiałaby płacić dwie wysokie pensje obu prezesom - ripostował z
kolei pełnomocnik reprezentujący spółkę.
[…]
W
ubiegły wtorek, Sąd Najwyższy w całości podzielił zarzuty kasacji.
Sprawa trafi więc jeszcze raz do zamojskiego sądu. Ten jednak nie
będzie miał zbyt wielkiego marginesu swobody, gdyż związany jest
poglądem prawnym Sądu Najwyższego.
Kurier Lubelski 04.09.2007r.
Z potentatem można wygrać
SĄD PRZYZNAŁ ODSZKODOWANIE KLIENTOWI ZA WYPADEK NA POCZCIE
Krzysztof P. wygrał sprawę z Pocztą Polską. W ubiegłym tygodniu Sąd Rejonowy w Lublinie uznał, że należy mu się odszkodowanie za wypadek, jakiego doznał na źle zabezpieczonych i nieoznakowanych schodach w urzędzie pocztowym.
Leczenie urazu i późniejsza rehabilitacja trwały długie miesiące, co bardzo utrudniało panu Krzysztofowi normalną pracę zawodową. Wyrok nie jest prawomocny, nie wiadomo też, czy poczta się od niego odwoła.
Do wypadku doszło 22 listopada 2005 roku w oddziale głównym Poczty Polskiej przy Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Krzysztof P. czekał w kolejce do okienka, w którym miał odebrać przesyłkę. Kiedy na tablicy wyświetlił się jego numer, ruszył w stronę stanowiska, ale nie zauważył schodka. Pośliznął się i upadł. Jak się później okazało, schody nie były należycie oznaczone, a podłoga dodatkowo bardzo śliska, bez żadnego zabezpieczenia, np. maty antypoślizgowe. Konsekwencje upadku były bardzo poważne, bowiem pan Krzysztof wcześniej nabawił się kontuzji nogi, którą leczył osiem miesięcy. Teraz uraz mu się odnowił i na jego leczenie musiał poświęcić kolejne pół roku.
- To w dużym stopniu wpłynęło na moją sytuację zawodową - opowiada poszkodowany. - W związku z tym poniosłem duże straty finansowe.
Jak się okazało, nie on pierwszy stał się ofiarą zaniedbań zarządcy budynku. - Po wypadku dowiedziałem się od pracownicy poczty, że przede mną kilku klientów również miało problemy na śliskiej posadzce i schodkach. Na szczęście do tej pory nic poważnego się nie stało, aż do momentu, kiedy trafiło na mnie.
Dopiero po wypadku pana Krzysztofa na posadzce w budynku poczty przy Krakowskim Przedmieściu ułożono maty antypoślizgowe, przy schodach pojawiła się tabliczka ostrzegawcza, zamontowano też metalowe barierki.
Nasz Czytelnik chciał pójść na ugodę i przeznaczyć pieniądze z odszkodowania na cele społeczne, jednak Poczta Polska - choć przyznała się do błędu - wypłacić go się nie zgodziła. Sprawą zainteresowaliśmy wtedy miejskiego rzecznika konsumentów w Lublinie. Był oburzony postępowaniem poczty. Krzysztof P. skierował sprawę do sądu i wygrał.
Jak opowiada, w trakcie wizji lokalnej przeprowadzonej po wypadku radca prawny poczty pośliznął się w tym samym miejscu, w którym przewrócił się pan Krzysztof. Tym razem nic się nie stało, ale było to najlepsze potwierdzenie faktu, że zdradliwa posadzka nie była prawidłowo zabezpieczona.
- To było ewidentne narażanie ludzi. To, co zrobiłem, to doskonały przykład na to, że z molochem można wygrać, a ludzie powinni bronić swoich racji - mówi Krzysztof P.
A co na to Poczta Polska?
- Złożyliśmy prośbę o pisemne uzasadnienie wyroku - informuje Elżbieta Mroczkowska, regionalna rzeczniczka prasowa Poczty Polskiej. - Nasza decyzja w tej sprawie będzie znana dopiero po zapoznaniu się z nim.
/Kamil Krupa/
Krzysztofa P. reprezentował adw. Rafał Choroszyński
Rzeczpospolita 03.09.07 Nr 205
Agencja ochrony ponosi odpowiedzialność za psa na służbie
Jeśli firma ochroniarska godzi się na korzystanie z psa, którego nie jest właścicielem, musi się liczyć z odpowiedzialnością za wyrządzone przez niego szkody
Krakowska agencja ochrony zabezpieczała salon samochodowy w Lublinie. Na posesji właściciel salonu trzymał w kojcu swojego psa. Strony umówiły się, że w nocy wilczur może być wykorzystywany przez pracowników agencji, aby wzmocnić ochronę terenu.
Pewnej nocy w trakcie służby pełnionej przez ochroniarzy wilczur uszkodził 43 auta... skacząc po nich. Koszt naprawy w wysokości 24 tys. zł pokrył właściciel salonu. Takiej też sumy domagał się jako odszkodowania od firmy ochroniarskiej na podstawie art. 431 §1 kodeksu cywilnego. Wynika z niego, że ten, kto zwierzę chowa lub się nim posługuje, obowiązany jest do naprawienia wyrządzonej przez nie szkody.
-Pies należał do mego klienta, ale firma ochroniarska jako profesjonalista posługiwała się nim na służbie - dowodził mec. Rafał Choroszyński, pełnomocnik salonu.
Agencja nie uznała roszczenia, dowodząc, że pies nie był jej własnością. Przekonywała też, iż nie władała nim, ale jedynie wypuszczała i zamykała go w kojcu. Czyniła to na ryzyko i odpowiedzialność właściciela salonu oraz na polecenie jego kierownika.
Sąd Rejonowy w Krakowie nie podzielił tych argumentów. Uznał, że w chwili powstania szkody to agencja ochroniarska była tym, kto psem się posługiwał, a zatem odpowiada za szkodę. Zdaniem sądu, skoro agencja przyjęła propozycję dilera (wypuszczania psa z kojca podczas służby), to trudno uznać, aby robiła to w innym celu niż ochrona obiektu sprawowana na podstawie umowy. Ponadto jako profesjonalista w swoim fachu dostrzegała plusy tej sytuacji. Korzystała więc z psa we własnym interesie, aby wzmocnić bezpieczeństwo terenu. Nie ma przy tym znaczenia, że pies nie był jej własnością. Po zamknięciu salonu to agencja przejmowała pieczę na obiektem, więc i nad psem, dlatego w rozumieniu art.431 k.c. stawała się podmiotem władczym wobec zwierzęcia. Wyrok utrzymał w mocy Sąd Okręgowy w Krakowie (sygn. XIIGA292/07).
Robert Horbaczewski
Kurier z 22.02.2007
WIADOMOŚCI: Pomogą, ale tylko pokrzywdzonym
LUBLIN
Od dziś
prokuratorzy, sędziowie i adwokaci udzielają bezpłatnych porad. Aby
móc skorzystać z ich wsparcia, trzeba być jednak ofiarą
przestępstwa. Wszystkie inne osoby mające kłopoty z prawem nie mają
co liczyć na pomoc. Dziś zaczyna się Tydzień Pomocy Ofiarom
Przestępstw.
To ogólnopolska akcja, która
potrwa do 1 marca. Dzięki niej poszkodowani mogą dowiedzieć się o
swoich prawach, poznać przywileje, jakie daje im kodeks karny lub
dowiedzieć się, w jaki sposób można ścigać prawnie przestępcę.
W minionych latach po porady zgłaszały się osoby, które nie
opowiadały policji ani prokuraturze o swoich krzywdach. Dopiero po
rozmowie z prawnikiem zdecydowały się składać oficjalne zawiadomienie
o popełnieniu przestępstwa i dochodzić swoich praw, czy też
występować w procesie jako oskarżyciel posiłkowy. Wreszcie domagać
się później zadośćuczynienia za straty spowodowane przez
przestępcę.
Akcja odbywa się z inicjatywy ministerstwa
sprawiedliwości. Sądy i prokuratury uczestniczą w niej z "urzędu".
Do pomocy poszkodowanym jak co roku zgłosili się także adwokaci. -
Przesłałem informacje do każdej z kancelarii, że trwa taka akcja i
apel, aby przyłączyły się do niej - zapewnił Stanisław Estreich,
dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Lublinie.
Od początku trwania
akcji, czyli od czterech lat, magia bezpłatnych porad przyciąga także
osoby mające jakieś kłopoty z prawem. Chodzi np. o małżonków,
którzy są pogrążeni w wieloletnich sprawach rozwodowych.
Zdarzają się nawet przestępcy, którzy czują się skrzywdzeni
przez wymiar sprawiedliwości. Jak zapowiedział jednak mecenas
Estreich, takie osoby będą odsyłane z kwitkiem. WIT
GDZIE
SZUKAĆ PORAD
ADWOKACI
Lista Adwokatów Izby
Lubelskiej, którzy dziś udzielają porad w Lublinie
[...]
*
Rafał Choroszyński - Krakowskie Przedmieście 51/6, tel.
081-534-81-60 w godz. od 12 do 14
[...]
* Jarosław Słowiński
- Krakowskie Przedmieście 51/6, tel. 081-534-81-60 w godz. od 9 do 12
KURIER z dn. 29.11.2006 r.
WIADOMOŚCI: Uniewinnienie wbrew logice
WYROK W SPRAWIE MORDERSTWA W CZERNIEJOWIE UCHYLONY
Ten wyrok jest nielogiczny - stwierdził wczoraj Sąd Apelacyjny w Lublinie i uchylił orzeczenie w sprawie Andrzeja i Jolanty K., małżeństwa z Czerniejowa, oskarżonego o zamordowanie pięciorga swoich nowo narodzonych dzieci. Wiele wskazuje na to, że jeśli para zostanie skazana, najsurowsza karą, jaka im grozi, jest nie dożywocie, a 25 lat.

Obrońcą Andrzeja K. jest adw. B. Jurkiewicz.
KURIER z dn. 9.06.2006r.
WIADOMOŚCI: Szykuje
się muzyczny proces
LUBLIN
Nie
ma końca sporu dotyczącego Leksykonu Budki Suflera. Agora nie zgadza
się z zarzutami stawianymi jej przez byłych muzyków zespołu.
Koncern twierdzi, że ze swojej strony dopełnił wszystkich obowiązków.
W ubiegły piątek do Agory dotarło pismo prawnika
reprezentującego byłych muzyków Budki: Marka Radulego i
Mieczysława Jureckiego. Artyści twierdzą, że rozpowszechnianie
wydawnictwa Leksykon Budki Suflera narusza ich prawa autorskie
wykonawcze, bo na płytach są utwory, w których
występują.
Agora uważa te zarzuty za całkowicie bezpodstawne.
Wydawcą płyt była spółka Budka Suflera Productions, a nie
Agora, jak błędnie napisaliśmy w Kurierze. Sam koncern
rozpowszechniał to wydawnictwo. W piśmie od spółki czytamy, że
jeszcze przed wprowadzeniem wydawnictwa do obrotu został on
zapewniony, "że wszelkie prawa autorskie i prawa pokrewne do
utworów stanowiących część kolekcji przysługuje Budka Suflera
Productions s.c., a jej rozpowszechnianie nie naruszy jakichkolwiek
praw osób trzecich".
Co na taki obrót sprawy
Budka Suflera? Krzysztof Cugowski, wokalista, grzecznie i stanowczo
oświadczył, że nie będzie rozmawiał z Kurierem na ten
temat.
Przypomnijmy, że nie tak dawno Budka Suflera już raz
trafiła do sądu. Wtedy proces wytoczyła jej była wytwórnia
płytowa - spółka New Abra - zarzucając grupie złamanie umów
licencyjnych. Spór dotyczył płyty z przebojami Budki, którą
dodano do tygodnika Naj oraz umieszczono na płycie CD promującej
papierosy. Wówczas sądy obu instancji uznały, że zespół
nie naruszył prawa.
Wiele wskazuje na to, że i ta sprawa trafi
ostatecznie do sądu. Byli muzycy Budki, M. Raduli i M. Jurecki, na
razie cierpliwie czekają na oficjalną odpowiedź od Agory na swoje
pismo. Już teraz deklarują, że są zdeterminowani, żeby walczyć o
swoje nawet przed sądem. Kto wygra tym razem?
- Nie znam
szczegółów tej sprawy i dlatego trudno mi wypowiadać
się konkretnie na ten temat. Nie wiem czy na leksykonie znalazły się
przerobione wersje utworów, czy też takie, w których
faktycznie zagrali panowie Raduli i Jurecki. Jeśli to nagrania, w
których występują, to przysługuje im prawo autorskie do tego
konkretnego wykonania - mówi adwokat Rafał
Choroszyński. ENKI
KURIER LUBELSKI z
29.05.2006
INTERWENCJE: Żarty
się skończyły
PO
WYPADKU NA SCHODACH POSZKODOWANY PODAJE POCZTĘ DO SĄDU
Pół
roku temu Krzysztof P. przewrócił się na śliskich i nie
oznakowanych schodach w świeżo wyremontowanym budynku Poczty Głównej
przy Krakowskim Przedmieściu. Konsekwencje wypadku były poważne.
Zażądał odszkodowania, ale poczta nie poczuwa się do
odpowiedzialności, chociaż dopiero po tym wypadku na schodach
pojawiły się maty antypoślizgowe i barierki. Przeprasza, ale płacić
nie chce. Sprawą zajmie się sąd.
Do wypadku doszło 22
listopada 2005 roku. Pan Krzysztof poszedł na Pocztę Główną po
odbiór przesyłki poleconej. Sprawę miał załatwić w okienku nr
18, które znajdowało się za skrytkami i filarem w drugiej
części hali. Gdy na tablicy informacyjnej wyświetlił się jego numer,
poszedł w kierunku okienka i... poślizgnął się na schodach. Nie
zauważył ich, bo nie były oznakowane.[...]
Zdaniem prawników
pan Krzysztof ma duże szanse na zwycięstwo w sądzie.
- Przyczyna
decyzji poczty jest dla mnie niezrozumiała - mówi adwokat
Rafał Choroszyński, który
będzie przed sądem reprezentował pana Krzysztofa. - Z przepisów
budowlanych wyraźnie wynika, że w miejscach użyteczności publicznej
schody muszą być wyraźnie oznakowane, a nie były. Takie sytuacje są
niedopuszczalne i muszą być napiętnowane. EL
Przekrój z 16.03.2006 r.
"W związku z artykułem
Tomasza Czukiewskiego "Polscy naziści bez podsłuchu"
("Przekrój" nr 14 z 31.03.2005) oświadczam, że
zawarte w nim informacje, dotyczące Pana Profesora Tadeusza
Kwiatkowskiego z Uniwersytetu Marii Curie-Sklodowskiej w Lublinie, a
w szczególności:
1) o odmowie egzaminowania czarnoskórej
studentki i okazania Jej pogardy;
2) o rewizji w jego mieszkaniu i
znalezieniu publikacji o treściach faszystowskich;
3) o
podejrzewaniu synów Pana Profesora o organizowanie lokalnych
bojówek;
były informacjami nieprawdziwymi, ponieważ:
ad
1) takie zdarzenie nigdy nie miało miejsca;
ad 2) rewizja miała
miejsce w mieszkaniu jednego z Synów Pana Profesora, ale nie
znaleziono podczas niej żadnych materiałów o treści
nazistowskiej;
ad 3) postępowanie w sprawie Synów Pana
Profesora zostało prawomocnie umorzone z powodu niepopełnienia przez
nich jakiegokolwiek czynu stanowiącego przestępstwo.
W przypadku,
jeżeli kwestionowane stwierdzenia opierają się na informacjach z
artykułu Katarzyny Kotłowskiej, zamieszczonego w dniu 2 lutego 2005
r. w portalu internetowym Gazety Wyborczej Lublin, to informuję, iż
autorka tego artykułu przeprosiła za zawarte w nim nieprawdziwe i
niesprawdzone informacje dotyczące Pana Profesora Kwiatkowskiego na
łamach "Kuriera Lubelskiego" z dnia 20 stycznia 2006 r."
adw. Rafał
Choroszyński, pełnomocnik prof. Tadeusza Kwiatkowskiego.
Redakcja przeprasza Profesora Tadeusza Kwiatkowskiego
Budka nie przyszła -
przysłała suflera
Na rozprawie spierali się prawnicy zespołu i
firmy fonograficznej
Członkowie zespołu Budka Suflera nie
pojawili się wczoraj na rozprawie. Proces przed Sądem Okręgowym w
Lublinie wytoczyła mu firma fonograficzna New Abra.
Wezwania
na rozprawę otrzymali Romuald Lipko, Krzysztof Cugowski i Tomasz
Zeliszewski. Były one jednak nieobowiązkowe i muzycy nie musieli
osobiście przyjść do sądu. - Nie przyszli ze względu na zajęcia
profesjonalne - tłumaczył ich nieobecność mecenas Bartosz
Przeciechowski.
Wydawnictwo Fonograficzne New Abra, które
do 2001 wydawało płyty Budki, domaga się od członków zespołu
400 tys. zł. Firma podpisała z zespołem umowę licencyjną. Dawała jej
wyłączność do praw autorskich do utworów umieszczonych na
wydanych albumach. Tymczasem w 2002 roku kilka wielkich przebojów
zespołu m.in. "Cały mój zgiełk", "Cisza jak ta"
ukazało się na płycie dołączonej do tygodnika Naj, a potem na płycie
promującej papierosy.
- Dokonanie tych nagrań było ewidentnym
naruszeniem umowy licencyjnej przez zespół - uważa Rafał
Choroszyński, mecenas New Abry.
Wczoraj sąd przesłuchał tylko
Krzysztofa Świątkowskiego, właściciela firmy fonograficznej. - Po tym
jak ukazała się płyta dołączona do "Naj" wytwórnia
próbowała dojść z zespołem do ugody. Po kilku miesiącach Budka
wydała kolejną płytę promującą papierosy. Odebrałem to, że nie chce
się z nami porozumieć - mówił.
Prawnik Budki powiedział, że
jego klienci nie uznają roszczeń. - Umowa licencyjna nie została
naruszona - przekonywał. Sąd nie wyznaczył terminu kolejnej
rozprawy.
Aleksandra Typiak
Dariusz Jędryszka
11.
Lutego 2004 21:38
DZIENNIK WSCHODNI, 28.02.2006r.
Spotkają się w sądzie
Były
dyrektor szpitala kontra marszałek województwa
Krzysztof
Jarząbek, zwolniony dyscyplinarnie dyrektor Wojewódzkiego
Szpitala Specjalistycznego w Lublinie, pozwał do sądu Zarząd
Województwa. Jarząbek domaga się przywrócenia do
pracy.
Pozew trafił do Sądu Pracy. - Zarząd Województwa
jest pracodawcą, który powołał pana Jarząbka na dyrektora oraz
zwolnił go - mówi Rafał Choroszyński, adwokat b.
dyrektora. - Jeżeli przywrócenie do pracy w szpitalu nie
będzie możliwe, np. z powodu powołania nowego dyrektora, sąd może
orzec o odszkodowaniu w wysokości trzykrotnej pensji.
Zdaniem
mecenasa Choroszyńskiego, sprawa jest kuriozalna, ponieważ
dyrektor został zwolniony za to, że chciał dobrze dla szpitala. - Od
długiego czasu starał się o to, by Zarząd Województwa poręczył
kredyt dla szpitala - mówi adwokat. - Kiedy w prasie
powiedział, że bez kredytu szpital upadnie, został wyrzucony z pracy.
Zwolnienie odbyło się z naruszeniem kodeksu pracy. Wręczono mu jednie
uchwałę zarządu o zwolnieniu, bez pouczenia o przysługującym
odwołaniu.
DZIENNIK WSCHODNI, 3.03.2006r.
Matka: dożywocie
ojciec: uniewinniony
Po wyroku w sprawie zbrodni w
Czerniejowie cała Polska pyta, jak Andrzej K. przegapił piątkę dzieci
Czy mąż może nie wiedzieć o ciążach żony. I w dodatku pięciu. Wyrok, jaki wczoraj zapadł w Sądzie Okręgowym w Lublinie przyjęto z niedowierzaniem. Jolanta K. z Czerniejowa za zamordowanie pięciorga nowo narodzonych dzieci dostała dożywocie. Jej mąż został uniewinniony.
Obrońcą Andrzeja K. była adw. B. Jurkiewicz.
GAZETA WYBORCZA LUBLIN z dn. 2.03.2006 r.
Wyrok w sprawie dzieciobójstwa
Jolanta K. w wyrachowany sposób zamordowała pięcioro swoich dzieci. Równie bezwzględny był wczoraj lubelski sąd, który skazał ja na dożywocie. Jej mąż, Andrzej K., który miał zmuszać ją do zbrodni, został uniewinniony.
Adw. Barbara Jurkiewicz była obrońcą Andrzeja K.
Kurier Lubelski z 3.03.2006 r.
WIADOMOŚCI: Matka
dożywocie ojciec wolny
LUBLIN
WYROKI W SPRAWIE DZIECIOBÓJSTWA
W CZERNIEJOWIE
Adw. B. Jurkiewicz
była obrońcą Andrzeja K.
Jolanta K.
zadawała śmierć własnym dzieciom i robiła to z premedytacją - uznał
wczoraj Sąd Okręgowy w Lublinie i skazał zabójczynię na
dożywocie. Kobieta urodziła i utopiła pięcioro dzieci. Zdaniem sądu,
morderczyni wrobiła w udział w zbrodniach swojego męża Andrzeja K.
Mężczyzna, który przesiedział w areszcie dwa lata, został
uniewinniony.

Kurier z 19.02.2005
Poradnik: Prawnicy za darmo
[...]
GDZIE SZUKAĆ POMOCY?
-Kancelarie Adwokackie
...
adw. Rafał Choroszyński, Kancelaria Adwokacka, Krakowskie Przedmieście 51/6, 21-25.02. g. 15.30-16.30
...
adw. Barbara Jurkiewicz, Kancelaria Adwokacka, Krakowskie Przedmieście 51/6, 21-25.02. g. 15.30-16.30
LUBELSKI SERWIS INFORMACYJNY
KOZIOLEK.PL
25.10.2004
Czy KUL naruszył prawo autorskie?
Katolicki Uniwersytet
Lubelski pozwany do sądu.
Jeden z wydawców twierdzi, że
uczelnia bezprawnie wykorzystała fragmenty opracowanych i
opublikowanych przez niego testów z historii.
Opinię w
sprawie plagiatu przygotował mecenas Rafał Choroszyński.
Wynika z niej m.in, że KUL w swych materiałach dotyczących egzaminów
wstępnych wykorzystał bez zgody autora 11 pytań egzaminacyjnych.
Pozew w tej sprawie już trafił do sądu.
Wydawca domaga się od
KUL-u 25 tysięcy złotych odszkodowania.
POLSKA SIEĆ FILOZOFICZNA
Nominacje profesorskie, habilitacje, doktoraty
13 lutego 2004
...
Mgr Rafał CHOROSZYŃSKI, doktorat na WFiS UMCS, Koncepcja substancji jako paradygmat systemów metafizycznych XVII w. (Kartezjusz, Spinoza, Leibniz), promotor: prof. Zdzisław Jerzy Czarnecki, 7 V 2003 r.
...
Strony Adwokatury Polskiej
Aktualności
------------------
(Ostania
aktualizacja
06-05-2003)
Okręgowa
Rada Adwokacka w Lublinie
ul. Grottgera 7/1
20-029 Lublin
|
Dziekan |
|
adw. Stanisław Estreich |
|
Wicedziekan |
|
adw. Andrzej Banaszkiewicz |
|
Wicedziekan |
|
adw. Jerzy A. Sieklucki |
|
Sekretarz |
|
adw. Ewa Kiełbowicz |
|
Zastępca Sekretarza |
|
adw. Rafał Choroszyński |
|
Skarbnik |
|
adw. Lesław Bindas |
|
Rzecznik Dyscyplinarny |
|
adw. Bogusław Wróblewski |
|
Członek rady |
|
adw. Andrzej Chadaj |
|
Członek Rady |
|
adw. Krystyna Drozd |
|
Członek Rady |
|
adw. dr hab. Dariusz Dudek |
|
Członek Rady |
|
adw. Jerzy Muchorowski |
|
Członek Rady |
|
adw. Tomasz Przeciechowski |
|
Członek Rady |
|
adw. Szczepan Semczuk |
|
Prezes Sądu Dyscyplinarnego |
|
adw. Ewa Szwarc-Malczewska |
|
Przewodniczący Komisji Rewizyjnej |
|
adw. Cezary Lipko |
Strony Adwokatury Polskiej
Z życia izb adwokackich
Aktualności
------------------
(Ostania
aktualizacja
06-05-2003)
Izba Lubelska
Jeszcze niedawno aplikanci, a już adwokaci. I tak, nasz młody - od niedawna adwokat - kolega Rafał Choroszyński, został uznany za najlepszego aplikanta w 2001 r. w naszej Izbie.